Po powrocie…

Wróciłam w niedzielę wieczorem, dosyć późno (ok. 20.30), bo i późno wyjechaliśmy. Nie było więc zbytnio czasu, by pogadać, ponieważ musiałam się wykąpać, zjeść kolację i potem już siatka. Dopiero po niej przyszedł czas na „nocne Polaków rozmowy”, które przeciągnęły się do 3.33. Przyznaję się bez bicia, że ja już wcześniej zaczęłam przysypiać… ;)

W drodze na salę, będąc już niedaleko szkoły, zauważyłyśmy idących przed nami w pewnej odległości Fifę i Łk. Zdecydowłyśmy się jednak podbiec do nich (i wystraszyć ich) dopiero, gdy zostałyśmy zmuszone, podobnie jak oni, wejść przez bramkę od strony bloku Fify z powodu układania chodnika przed szkołą. Chyba udało nam się ich wystraszyć, przynajmniej częściowo. ;) Na siatkę przyszło łącznie 10 osób, więc graliśmy po 5. Mi wypadło być razem z P-k, A., M-G i Br. w drużynie, a raczej sama przeszłam do nich, żeby było tyle samo dziewczyn po obu stronach boiskach. ;) Poza tym dawno nie grałam, więc było mi wszystko jedno, z kim będę… W sumie to przegraliśmy. :P W ogóle gdy pierwszy raz zaserwowałam, to ludzie zaczęli komentować, że trenowałam na wsi, bo mi wyszło. ;) Jednak kolejny serw już mi się nie udał, więc musieli zrezygnować z takich optymistycznych uwag, zwłaszcza że ogólnie moja skuteczność w serwowaniu była w kratkę. Mimo to fajnie się grało, choć bez żadnych rewelacji. Mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej, choć Fifa i Łk nie przyjdą, bo wybierają się na wesele. ;) Po siatce Kw. chciał nas podwieźć kawałek do domu, bo przyjechał samochodem, ale podziękowałyśmy mu – wolałyśmy się przejść i pogadać, bo ciepło było, jak zwykle po grze. :)

Dni tutaj generalnie upływają mi na niczym… Mało konkretnie je spędzam. Raczej marnuję czas, który w planach chciałam wykorzystać na coś innego. Przeważnie przecieka mi on przez palce w sposób niekontrolowany i przez to zaniedbuję wiele ważnych dla mnie rzeczy. Jakoś wciąż nie potrafię się zmobilizować… Może inaczej nie może być, gdy człowiek wraca z wakacji do innej rzeczywistości, która mu się narzuca i ogranicza swobodę działania. Niestety trzeba się jej podporządkować, przynajmniej w pewnym stopniu… Jestem więc niezadowolona z wielu rzeczy, że mi się tak posypały, choć tragicznie nie jest. Wiem, że mogło być o wiele gorzej… W sumie nawet całkiem bezboleśnie udało mi się przejść z jednego świata
w drugi, tyle że i tak poniosłam już tego jakieś koszty… Będę więc musiała chyba ustalić sobie jakiś plan działania, jakoś to poukładać wszystko, by było tak, jak chcę. Wprawdzie nie przepadam za taką konkretną organizacją czasu, ale obecnie to chyba najlepsze rozwiązanie…

Czymś budującym i bardzo konkretnym, na co czekałam z radością, będąc już tutaj, były wieczorne Msze. To była jedyna nić, która łączyła mnie z wakacjami, ale która i szybko się przerwała – już po 2 dniach… Bo wczoraj w kościele już się nie pojawiłam, choć zaczął się październik i wcześniej myślałam, że to wszystko o wiele lepiej się ułoży i zgra. A tymczasem się rozstroiło… Różaniec i tak odmawiam w domu, bo to też pewna pozostałość z ostatniego tygodnia wakacji, którą z racji obecnego miesiąca będę kontynuować niezależnie od tego, czy pojawię się w kościele, czy też nie…

Tymczasem poniedziałkową Mszę mieli ks.Proboszcz, ks.D. i nowy kapelan, jak się dobrze domyśliłam. Ks.K. siedział w konfesjonale tego dnia, a później poszedł na zakrystię przez kaplicę, o czym nawet nie pamiętał już następnego dnia. ;) [Dobrze, że mu przypomniałam... Co on by beze mnie zrobił...? :P ]

We wtorek dla odmiany Mszę prowadził właśnie on oraz ks.P. i znów kapelan. :) Oczywiście po Mszy zaczekałam na ks.K., bo przecież daaawno go nie widziałam. ;) [Tyle jego spokoju... :P ] Pogadaliśmy więc sobie przede wszystkim o moim pobycie na wsi, wspomnieliśmy o siostrach i studiach, itp. :) Niestety, ksiądz „wykrakał” odwiedzenie konfesjonału… W czasie naszej rozmowy przechodził koło nas Proboszcz, który spytał o Cholito, podobnie zresztą jak ks.P., który w pobliżu rozmawiał z jakimś panem, a skończywszy rozmowę, kierując się w stronę plebanii i pociagając za sobą ks.K., który miał jechać niedługo na imieniny jakiegoś księdza, spytał, gdzie jest druga połówka. Ks.K. bardzo ładnie zauważył, że moja połówka jest ze swoją połówką, heh. ;)

We wtorek mogłam jechać do Lublina razem z rodzicami, by odwieźć młodszą siostrę i przy okazji jej koleżankę na studia, ale ostatecznie zrezygnowałam. Przede wszystkim dlatego, że wyjazd był planowany dopiero po południu (jak Tatuś wróci ze szkoły), a to oznaczało, że powrót do domu byłby w okolicach północy. Ponieważ zaś okazało się, że następnego dnia trzeba się wybrać na uczelnię, więc chciałam się wyspać, a nie pojawić się tam zmordowana po nocnych podróżach. Wprawdzie myślałam sobie, że fajnie byłoby pojechać i móc chociaż wysłać smsa z pozdrowieniami z Lublina ks.J.G., który obecnie niedaleko tego miasta jest wikarym (na spotkanie raczej nie było sensu liczyć), ale ten powód nie wystarczył… Tymczasem planowany na 16.00 wyjazd opóźnił się prawie o godzinę, a potem i o kolejną, zanim podjechali i zapakowali koleżankę. A rodzice wrócili po północy, koło wpół do pierwszej. W sumie i tak jeszcze nie spałyśmy, chociaż miałam zamiar położyć się wcześniej [dlatego też byłam zła, że mi się to nie udało], ale dzięki temu, że zostałam, byłam na Mszy i mogłam pogadać z ks.K. ;)

Podobnie zresztą jak z B. Tego wieczoru rozmawiałam z nim na gg. Zauważywszy, że pojawił mu się opis, podpuściłam Cholito, żeby do niego napisała, że go widziała w poniedziałek. ;) Poskutkowało, choć on odezwał się dopiero po przeszło 45 minutach. Ale się odezwał! :P Cholito z nim gadała przez 20 minut, po czym oddała mi klawiaturę
do dyspozycji. Wcześniej jednak B. chciał wiedzieć, czy będę fajna, żebym mu nerwów nie zepsuła na wstępie, bo ostatnio dość szybko mu się ciśnienie podnosiło. :P [Każdy jest w czymś dobrym - ja również...] Gadaliśmy przez około 1,5 godziny, choć prawdę powiedziawszy tę rozmowę można by chyba skrócić do pół godziny! Nie kleiła nam się zbytnio, również dlatego, że gg co jakiś czas przerywało połączenie i skutecznie przeszkadzało ciągnąć ją w jakimś konkretnym kierunku. Moim zdaniem zmierzała donikąd i bardzo mnie to irytowało… Czas uciekał, mnie bolały już oczy i czułam się zmęczona, a tymczasem rozmawialiśmy niemal o niczym. Byłam bardzo zła, gdy opuściłam komputer, bo nic nie wynikło z tej rozmowy, a ja byłam wykończona! Lepiej by było, gdybym ją przerwała i położyła się wcześniej spać, jak chciałam.

Z kolei wczoraj B. niespodziewanie się odezwał, bo szukał pokoju do wynajęcia dla koleżanki, która późno się gdzieś dostała, ale mu nie pomogłam, bo w takich rzeczach zupełnie się nie orientuję – w końcu mam gdzie mieszkać, więc nie interesuję się tym. Pożegnałam go po chwili, bo myślałam, że brat będzie już siadał do komputera (robił sobie herbatę w kuchni), ale podobnie jak poprzedniego wieczoru okazało się, że jeszcze nie idzie do pokoju, tylko nadal coś ogląda w TV, więc zostałam na gg, bo B. mnie zatrzymał zdziwiony, że tym razem wcześniej znikam. I wtedy zaczęła się normalna rozmowa, która miała ręce i nogi i była nieporównywalnie lepsza od ostatniej. Rozmawialiśmy, jak wieki temu, niewymuszenie i żartobliwie. Po niezbyt udanym wtorkowym wieczorze nadzieja B., że będzie nam się lepiej rozmawiało, ziściła się nadzwyczaj szybko, choć ja w to nie wierzyłam. Na sam koniec napisał: „dziś było faaajnieeej :* ” Zaczęłam się dziś zastanawiać, czy mogłoby być między nami jak kiedyś…? Czy ja mu jestem jeszcze do czegoś potrzebna? Czy on mi jest potrzebny? Nie wiem… Nie wnikałam głębiej w to, bo wątpię, czy doszłabym sama do prawdziwych wniosków. Myślę, że wiele zależy od tego, jak często będzie się odzywał. Czas pokaże…

Wczoraj pojechałyśmy na 10.00 na spotkanie z opiekunem roku. Jako tako nie opłacało się przyjeżdżać, bo nie trwało ono nawet 10 minut! Zgodnie z naszymi przewidywaniami obecny opiekun nie miał wiele do powiedzenia. Zwrócił oczywiście uwagę na proseminaria, które 2 z 3 mamy sobie wybrać, i właściwie to był jedyny (i najważniejszy!) powód naszego przyjazdu na uczelnię. Dzięki temu, że pojawiłyśmy się, mogłyśmy zapisać się u starościny do wybranych przez siebie prowadzących. [Wybór niełatwy, bo na dobrą sprawę żaden z nich nie jest wymarzonym. :P Ale na to trudno liczyć, więc pewnie należy się cieszyć, że nie trafili nam się gorsi.] Wprawdzie to jeszcze nic pewnego, bo mogą pojawić się pewne komplikacje przy dzieleniu ludzi, które wywołają zamieszanie, walkę o swoje i różne niechciane przetasowania, ale póki co przynajmniej możemy się cieszyć, że nie zabrakło nas przy zapisywaniu się, i mieć nadzieję, że obecność na spotkaniu jest gwarantem uwzględnienia naszych wyborów. Zupełnie spokojne będziemy mogły być jednak dopiero wówczas, gdy gotowe listy, w pełni przez nas akceptowane, powędrują do opiekuna… Nie muszę chyba dodawać, że razem z BeZą zapisałyśmy się na te same proseminaria. ;)

Po błyskawicznym spotkaniu, którego jedyną nowością była prośba
do naszej (finansowej) grupy, byśmy się zastanowili, gdzie chcemy mieć praktyki, tj. w banku jakiego miasta [na decyzję mamy czas do stycznia], BeZa szybko się ulotniła na pociąg, a nam uciekł autobus sprzed nosa, więc musiałyśmy czekać na następny. Wprawdzie pół trasy przejechałyśmy innym, ale potem i tak trzeba było zaczekać
na swoją linię, bo druga możliwa nie jechała wcale wcześniej. W ten sposób w domu byłyśmy dopiero o 11.00. [A tak w ogóle wczoraj od 12.00 były normalne zajęcia na uczelni, tylko że my środy mamy wolne wg planu. :) ]

Po powrocie do domu obejrzałyśmy prezent urodzinowy od BeZy, który nam dała jeszcze przed spotkaniem z opiekunem. Czekała na nas na dole przy szatni, tak jak umówiłyśmy się poprzedniego wieczoru. Nie zdążyłyśmy jednak nawet zobaczyć, co dostałyśmy, bo zaraz podszedł do nas kolega z roku. :P A otrzymałyśmy bardzo ładne obrazki, a także „Rozważania różańcowe ” Bogusława Zemana SSP i „U stóp krzyża. Rozważania do Drogi krzyżowej i Gorzkich żali ” Świętej Urszuli Ledóchowskiej. :) BeZa na uczelni wspomniała, żebyśmy same między sobą rozdzieliły, co dla kogo, bo ona nie wiedziała jak, więc podzieliłyśmy się wg kolorów. ;) To najprostsze rozwiązanie, które samo się narzuca. :) Teoretycznie nie ma teraz znaczenia, co jest czyje, bo przecież obie możemy korzystać z obu rozważań, zaś obydwa obrazki wiszą na jednej ścianie. Praktycznie stanie się to istotne w przyszłości, gdy przyjdzie się przeprowadzić na własne i zabrać swoje rzeczy. ;) Tymczasem nowe obrazki wyparły ze ściany nasze „Dyplomy ukończenia oddziału przedszkolnego” (czyli zerówki), które przez przeszło 15 lat wisiały w tym miejscu i przez ostatnich kilka przede wszystkim skutecznie podtrzymywały pnące się liście rośliny doniczkowej, stojącej na kwietniku obok. Teraz z zadowoleniem patrzymy na nowy wystrój ściany. :)

Dziś Cholito była na porannej Mszy i po powrocie do domu (ok. 7.15) wyciągnęła mnie z łóżka, by pokazać mi przepiękną tęczę, widoczną z naszego pokoju! :) Warto było na chwilę otworzyć oczy! ;) Gdy po jakimś czasie zupełnie zniknęła, położyłam się z powrotem do łóżka, bo dziś miałyśmy dzień wolny od zajęć dydaktycznych ze względu na inaugurację roku akademickiego. :) Dopiero jutro idziemy normalnie na uczelnię (9.00-14.00), a potem ja jadę z rodzicami na weekend na wieś. [Byle wrócić tam... Choć to już nie będzie to samo...]

Wpis opublikowaliśmy 30 listopada 1999

...::: Nobody's place :::...

Zobacz koniecznie!