Wczoraj byłyśmy umówione z D. wstępnie o 14.00. Miała nam jeszcze dać znać, gdy już będzie po próbnym ślubnym makijażu, ale choć tego nie zrobiła, a my już byłyśmy gotowe do wyjścia, postanowiłyśmy nie siedzieć dłużej w domu i nie czekać, aż się odezwie, lecz pójść
w stronę wyznaczonego miejsca spotkania. W drodze do Nowego Świata niespodziewanie spotkałyśmy ks.W.P., który szedł właśnie do krawcowej, więc zatrzymaliśmy się na chwilę przy przystanku, by pogadać.
W końcu przenieśliśmy się do cienia, bo za bardzo grzało w słońcu.
Około 14.40 wysłałam D. smsa z pytaniem, czy jest już po makijażu. Wkrótce oddzwoniła i powiedziała, że właśnie miała do nas pisać. Pożegnałyśmy więc nieoczekiwanego rozmówcę i skierowałyśmy swe kroki w stronę centrum handlowego, gdzie po chwili odnalazłyśmy się z D. i jej siostrą, która jej towarzyszyła. Choć padła propozycja, by pójść na miasto czy zagrać w badmintona, z kilku względów zostałyśmy przy opcji siedzenia w parku i gadania.
Około 16.00 nasze towarzystwo opuściła siostra D., która miała coś do załatwienia w centrum, natomiast my jeszcze chwilę posiedziałyśmy, grzejąc się w słońcu.
Do domu wróciłyśmy przed 17.00, a że ja musiałam jeszcze wyjść
z psem, nawet nie miałam zbytnio czasu, żeby coś zjeść. Zresztą właściwie drugiego dania nikt dla nas nie przewidział.
Dobrze, że chociaż przed spotkaniem zjadłyśmy zupę.
Po powrocie ze spaceru zdążyłam jeszcze posilić się nieco 2 kromkami, a niedługo potem
(na 18.00) szliśmy już [ja, Cholito, Mamusia i brat] na zakończenie Oktawy Bożego Ciała.
W kościele znów widziałyśmy się z D. Mamusia zauważyła ją stojącą przed kolumną przy naszym rzędzie, więc zaraz znalazło się dla niej miejsce obok nas w ławce.
Potem razem też szłyśmy w procesji, podczas której udało się nam być w miarę blisko Najświętszego Sakramentu. Po powrocie do kościoła nastąpiło poświęcenie ziół
i wianków, przy którym ks.Proboszcz solidnie nas pokropił.
A na końcu było błogosławieństwo małych dzieci, których tego wieczoru nie zabrakło. Niestety my nie załapałyśmy się na nie, choć np. ks.R.M.
na końcu udzielił je 2 (tylko parę lat młodszym od nas) lektorom.
Tymczasem po opuszczeniu świątyni D. poszła sprawdzić godziny otwarcia kancelarii. Potem chciała jeszcze spojrzeć na zapowiedzi przedślubne, więc cofnęłyśmy się do tablicy ogłoszeń. Po drodze natknęłyśmy się na zmierzających do plebanii ks.P. i ks.R.M. Pierwszy dopytywał, czy byłyśmy po błogosławieństwo, twierdząc, że ono było dla dzieci Bożych [Cholito jednak zwróciła mu uwagę, że właśnie była dyskryminacja i mówiono tylko o małych dzieciach
], zaś drugi zaśpiewał: Wszystkie dzieci nasze są…
Jednak żaden z nich nas nie pobłogosławił, heh…
Wracając z kościoła z D., poznałyśmy jej plany na wieczór, tj. spacer z kijkami, w którym postanowiłyśmy jej potowarzyszyć. Rozeszłyśmy się więc do swoich domów, by przebrać się na wędrówkę, i ok. 20.45 znów spotkałyśmy się pod klatką D. Dołączyła do nas także jej siostra, więc we czwórkę ruszyłyśmy w trasę.
Oj, dobrego humoru nam nie brakowało…
Po około godzinie wróciłyśmy pod blok D., gdzie chwilę siedziałyśmy pod klatką i gadałyśmy.
Następnie dziewczyny postanowiły nas odprowadzić – D. chyba chciała jeszcze pochodzić sobie z kijkami. Przy okazji dała nam spróbować, co Cholito bardzo się spodobało. Dotarłszy pod naszą klatkę po 22.00, stałyśmy tam prawie do 23.00
i pod koniec już śmiałyśmy się aż do bólu brzucha i łez.
W poniedziałek wieczorem P-k przysłał smsa z informacją o tym, że następnego dnia o 19.00 jest siatka na Orliku. Ucieszyłam się, choć
z drugiej strony liczyłam się z tym, że może nic z tego nie wyjść, bo akurat na wtorek zapowiadano deszcz i burzę. I rzeczywiście od rana było szaro i padało. Idealna pogoda… żeby się podołować przy „Gemini ” i „Czekając na…” Kasi Kowalskiej.
Więcej albumów nie udało mi się przesłuchać, heh. A w sumie chciałabym sobie kiedyś zafundować taki cały dzień słuchania wszystkich jej kaset i płyt, jakie mam…
Tymczasem po południu przestało padać, więc po 17.00 odezwałam się do P-k, by dowiedzieć się, czy siatka jest nadal aktualna. On sam nie wiedział, a że nikt nie chciał podjąć decyzji w tej sprawie, poszłyśmy normalnie do kościoła. Podobnie jak w poniedziałek, wieczorna Msza była sprawowana w intencji mojego chrzestnego (od uczestników pogrzebu). Po niej oczywiście Nabożeństwo do Serca Pana Jezusa
i procesja dookoła kościoła. A na końcu, jak to przewidziała Cholito, ks.Proboszcz rozdawał wszystkim nagrody za uczestnictwo w liturgii Oktawy Bożego Ciała. Tak też i my dostałyśmy obrazki z bł. Janem Pawłem II i Aniołkiem oraz cukierki.
Choć P-k wcześniej twierdził, że tym razem lepiej odpuścić sobie siatkę, bo jest ślisko, okazało się, że nawierzchnia przeschła i można grać. W kościele dowiedziałyśmy się od niego, że na Orliku czeka już 5 osób, w tym O., który zaraz po procesji tam pognał.
Ponieważ trochę zeszło z tymi nagrodami, po które my szłyśmy na samym końcu, do domu wróciłyśmy ok. 19.30. Szybko przebrawszy się do gry, po 10 minutach wędrowałyśmy już w stronę szkoły.
Na boisku odbijali piłkę FA, O., Para i Sąsiad, więc dołączyłyśmy
do nich, idąc do przeciwnych drużyn. Ja grałam z O. i FA, a Cholito
z pozostałą trójką. W tym czasie dołączył do nas jeszcze młodszy sąsiad z klatki, więc składy były równoliczne. Przed 20.00 pojawił się P-k (z rodziną), który został w mojej drużynie, więc przez 2 sety była ona (teoretycznie) mocniejsza. Potem dodatkowy zawodnik opuścił boisko, dziękując za grę.
Przez pierwsze 4 partie na przemian przegrywaliśmy i wygrywaliśmy. W końcu jednak odczarowaliśmy pechową połówkę boiska i udało nam się na niej odnieść zwycięstwo w piątym secie. Podobnie zresztą było w kolejnym, tak że ostatecznie wygraliśmy 4:2.
W ogóle trochę dziwnie grało się na zewnątrz.
Jednak przestrzeń robi swoje i nie czuje się już tak boiska… Poza tym piłka, którą graliśmy, była trochę balonowata i niosło ją daleko, tak że nieraz atakujący skarżyli się, że nie spada od razu przy ścinaniu.
Ale przynajmniej było ciekawie
i zabawnie.
Grę skończyliśmy o 21.00. FA ustalił, że od tej pory 19.00 we wtorek jest naszą stałą godziną gry na Orliku (przy odpowiedniej pogodzie). Tymczasem zdziwiliśmy się, widząc, że o tej porze ktoś grał na sali
w siatkówkę. Co ciekawe, w ostatnią niedzielę nasz brat widział, że w godzinach, w których normalnie grają poprzednicy, świeciło się na sali. Czyżby oni grali? Ciekawe, czy przyszli z rozpędu, bo to jeszcze czerwiec, i dlatego ich wpuszczono, czy też nikt im nie zabronił grać w wakacje? Hmm… W ogóle P-k polecił nam, byśmy następnym razem ściągnęły T.R. i T.W.
Tylko nie wiem, czy my wtedy będziemy…
[A w niedzielę i we wtorek ok. 22.30 widziałam T.R. na gg. Nie miałam jednak okazji pogadać...]
Dziś uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła. Po Eucharystii
o 18.00, sprawowanej w intencji ks.P., który wygłosił kazanie w swoje imieniny, oraz po nabożeństwie i procesji [na której Bóg przede mną uciekł - egh...], udałyśmy się do solenizanta, by złożyć mu życzenia.
Nie, żeby nas się spodziewał…
Szykował właśnie coś na przyjęcie kolegów, ale mimo to chwilę z nami pogadał i pożartował.
Odkrył on swoje drugie powołanie, odnajdując się w roli gosposi.
Ach, gdyby nie nasza parafia, na której jest już tyle lat, nie nabyłby tego jakże cennego doświadczenia.
Przy okazji ksiądz przypomniał również
o pielgrzymce, którą prowadzi i na którą teoretycznie mogłabym się wybrać [sama, bo Cholito odpada ze wzg. na nogi]. Jednak – jak sprawdziłam po powrocie do domu – ona kończy się w dniu ślubu D., więc to raczej odpada…
A w domu przede mną jeszcze imieninowa imprezka brata.
…zaczęłam analizować spotkanie z F. i jego zachowanie, żeby lepiej wszystko zrozumieć. Pewnie niepotrzebnie, bo tylko mnie to bardzo wymęczyło, a tak naprawdę do niczego konstruktywnego nie doszłam. Docierają do mnie sprzeczne informacje, a przynajmniej ja pewne rzeczy odbieram chyba inaczej, niż powinnam. Heh, tylko skąd mam wiedzieć, który przekaz jest właściwy? Potrzebuję czasu, aby to ogarnąć i odnaleźć się w tym wszystkim…
W ogóle jeszcze wracając w piątek do domu, myślałam o tym, by napisać maila do F. z kilkoma uwagami i spostrzeżeniami. Pomyślałam, że może przydadzą mu się na przyszłość, ale nie zrobiłam tego do tej pory i nie wiem, czy w ogóle się tego podejmę. Zresztą może to nie moja broszka i nie powinnam nic mówić…? Moje subiektywne zdanie
i odczucia w gruncie rzeczy nic nie znaczą…
Tymczasem F. wrócił wczoraj z Zakopanego, nawet wcześniej niż zapowiadał.
M.in. napisał mi, że w rzeczywistości wyglądam ładniej niż na zdjęciach – wow!
[Czyli wyszło na to, że mu brzydkie zdjęcia wysłałam, a przecież wybierałam te najlepsze.
] Dzisiaj natomiast przysłał mi swoje z Tatr.
Pewnie też mu jakieś wyślę z wyjazdu, jak tylko zrzucę je na komputer…
Nie wiem po co, ale zaczęłam się dołować, aż miło. Tylko problem
w tym, że w końcu przestało być miło i teraz już boli… Niepotrzebnie przejęłam się czymś, co nie miało ze mną nic wspólnego. Niby dobrze, że nie jestem tak ważna, by mieć na kogoś zły wpływ, ale z drugiej strony okazałam się też niepotrzebna. I poczułam się jak piąte koło
u wozu…
Egh… Jutro będzie lepiej… [Albo i nie. Whatever...]
W czwartek podczas sumy odpustowej, sprawowanej przez ks.P.M., ks.R.M. i ks.P., kazanie wygłosił ten pierwszy, tak jak to przewidywał ks.W.P.
Było ono dłuższe, ale (nie tylko) mi się bardzo podobało.
Neoprezbiter wychodząc od znanego pozdrowienia: „Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament teraz, zawsze i na wieki wieków. Amen.„, mówił o oddawaniu Jemu czci i sposobach, w jakich możemy to czynić.
Po Mszy z kościoła ruszyła procesja z Jezusem Eucharystycznym po ulicach naszego osiedla. Do I ołtarza, przy którym zmoczył nas lekki deszczyk, niósł Go ks.P.M. Potem monstrancję wziął ks.Proboszcz, który przy każdym z ołtarzy, gdzie kolejno wisiały obrazy Jezusa Miłosiernego, Niepokalanego Serca Maryi, św.Józefa i z beatyfikacji Jana Pawła II, po fragmencie Ewangelii odczytywał odpowiedni tekst związany z osobą błogosławionego Papieża. Dalej z Najświętszym Sakramentem poszedł ks.P. To właśnie wtedy udało nam się być tak blisko Jezusa, idąc tuż przy baldachimie. Dobrze jest znaleźć się
w najbliższym Jego promieniu!
Przy III ołtarzu znów złapał nas deszcz, tym razem intensywniejszy, choć wciąż drobny. Mimo braku parasola nie przeszkadzał on nam zbytnio.
Na ostatnim odcinku monstrancję niósł ks.R.M. Procesja zakończyła się przed 14.00 przy sąsiednim bloku, więc miałyśmy bardzo blisko do domu. Po drodze spotkałyśmy D. z narzeczonym
i jej młodszą siostrą, z którymi chwilkę pogadałyśmy. Nie mieliśmy więcej czasu, bo wszyscy śpieszyliśmy się na obiad, przy czym oni mieli zamiar zahaczyć jeszcze o kramy.
Wieczorem wybierali się
na coroczny koncert w parku na sąsiednim osiedlu, ale nie poszłyśmy z nimi, bo miałyśmy zupełnie inne plany! Za to umówiłyśmy się z D.
na spotkanie w najbliższym tygodniu.
Z półgodzinnym poślizgiem z powodu obiadu razem z X. wyjechałyśmy o 15.00 do Nowego Targu, gdzie czekały nas… skoki tandemowe
z wysokości 4000 m.
W międzyczasie odezwał się do mnie F., który tego dnia o 3.00 rano pojechał z tatą do Zakopanego. Jeszcze po 24.30 zadzwonił do mnie z nudów, by skrócić czas oczekiwania na swój wyjazd. Rozmawialiśmy do 1.45, po czym F. zrobił sobie przerwę na dopakowanie się i odezwał się przed 2.30. Po 25 minutach znów przerwaliśmy rozmowę, bo on chciał zadzwonić do taty. Wkrótce po tamtym telefonie przyjechał on po syna, więc pożegnaliśmy się o 3.00. Cholito wcześniej mówiła, że dobrze, że on ma wyjazd o tej godzinie, bo tak to byśmy całą noc gadali.
Tymczasem do Nowego Targu dojechaliśmy ok. 18.30. Tam najpierw podpisałyśmy orzeczenie, że jesteśmy świadome istniejącego ryzyka śmierci. Na osobę, która w razie wypadku zostanie poinformowana, wybrałyśmy Tatusia, żartując sobie, że najwyżej z okazji Dnia Ojca dostanie on niespodziewany telefon.
Śmiałam się też z tego, że niepotrzebnie zostawiamy do siebie nr komórki czy mail, bo jak nie przeżyjemy, to i tak się z nami nie będzie dało skontaktować.
Ot, taki czarny humor nas dopadł…
Po podpisaniu oświadczenia dostałyśmy niebieskie kombinezony
i uprząż, po założeniu których zostałyśmy krótko przeszkolone przez instruktora, który potem leciał ze mną. Oczywiście Cholito miała swojego przystojnego gościa – zresztą tam sami tacy faceci byli.
W końcu wsiedliśmy do samolotu, który nawet nie miał drzwi, tylko kotarę, którą spuszczono dopiero na pewnej wysokości. Potem trzeba było ją zwinąć przed skokiem. W ogóle pierwszy raz w życiu leciałam samolotem.
Fajnie było wzbijać się coraz wyżej do nieba, w dole zostawiając ziemię, co raz bardziej przypominającą makietę.
Lot był naprawdę spokojny i przyjemny – nawet zbytnio nie stresowałam się czekającym mnie wnet skokiem, ciesząc się z obecnego położenia
i widoków za oknem.
Po przypięciu się do nas instruktorów, założeniu gogli i zwinięciu kotary oddzielającej nas od przestworzy drzwi przyszedł czas na pierwszy skok – mój. Posłusznie wykonywałam polecenia swojego pilota i nawet na progu samolotu, siedząc już z nogami na zewnątrz, byłam spokojna. Wiedziałam, że trzeba tylko zaufać Bogu i temu człowiekowi.
Mimo wszystko pewnie trochę się bałam, bo gdy wypadliśmy z samolotu, odruchowo zamknęłam oczy i dopiero po chwili je otworzyłam. Na początku nami obróciło, a gdy już właściwie spadaliśmy, instruktor dał znak, by rozłożyć ręce. Jak dla mnie sam spadek swobodny nie należał do najprzyjemniejszych ze względu na silne uderzenie powietrza od dołu. W końcu jednak został otworzony spadochron, który postawił nas do pionu. Teraz już inaczej oglądało się wszystko z góry – o wiele lepiej.
Trochę pokręciliśmy się na spadochronie, kierując nim za pomocą linek sterujących, które i ja miałam możliwość trzymania.
Nie wiem, ile to wszystko trwało, ale wydaje mi się, że stosunkowo krótko – takie miałam wrażenie. Dosyć szybko wylądowaliśmy miękko na tyłku na trawie, a po wykonanym skoku mój towarzysz pogratulował mi go i dał buziaka.
Wróciwszy do budynku i oddawszy sprzęt, podziękowałyśmy za wszystko, a na pamiątkę otrzymałyśmy certyfikat.
Potem jeszcze przy samochodzie chwilę dzieliłyśmy się swoimi wrażeniami, a zanim ruszyliśmy, zadzwoniłam do F. i umówiłam się z nim w Zakopanem,
do którego czekała nas godzina drogi. Niestety wraz z upływem czasu od skoku, podczas którego wszystko było w porządku, coraz bardziej czułam się skołowana i było mi niedobrze, jak po karuzeli. Do tego doszedł jeszcze głód, który potęgował to kiepskie samopoczucie, ale na szczęście wszystko przeszło, gdy spotkałam się z F.
Odnaleźliśmy się na Krupówkach niedaleko mostku, idąc z telefonami przy uchu z przeciwnych stron. Było przed 20.30 i przez kolejne 2,5 godziny spacerowaliśmy tam i z powrotem słynną zakopiańską ulicą, czasem zatrzymując się przy niektórych pokazach czy przysiadając na chwilę na ławkach. Zaliczyliśmy także wizytę w McDonald’s.
W ogóle F. okazał się nieprzewidywalnym chłopakiem, choć z czasem jego nieprzewidywalność stała się w pewien sposób przewidywalna, heh…
Przed 23.00 opuściliśmy Krupówki i ruszyliśmy ul.Zamoyskiego do miejsca, gdzie nocował kolega. W połowie drogi złapał nas deszcz, ale to nas nie zatrzymało i dotarliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się pod drzewami, które z czasem zaczęły przeciekać, więc i tak mokliśmy.
W dodatku zaczęło błyskać, a my mieliśmy przy sobie „tylko” kilka komórek.
W końcu postanowiłam zadzwonić do Cholito, by razem
z X. przyjechali po mnie, bo jakoś nie bardzo podobała mi się wizja powrotu na Krupówki w takim deszczu [choć i tak już byłam cała mokra
], a poza tym w sumie mogliśmy zanocować w tym samym miejscu co F., gdyż nie mieliśmy nigdzie indziej zaklepanego noclegu. Czekając na ich przyjazd, który znacznie się opóźnił, bo nie mogli znaleźć samochodu, szukając go na innym parkingu, pożegnałam się
z F. około 23.10. Nie chciałam go zatrzymywać, bo następnego dnia wstawał o 7.00 i ruszał w trasę. Zresztą nie było sensu, żeby dłużej mókł z mojego powodu…
Sama po chwili ruszyłam w deszczu w drogę powrotną, zatrzymując się przed skrzyżowaniem pod dachem sklepu z odzieżą używaną, gdzie czekałam 20 minut, aż mnie zgarnięto. Wkrótce przed tym przestało padać, więc pojechaliśmy na Krupówki, gdzie miałam coś zjeść, choć wcale nie byłam głodna.
Było już przed północą, więc powoli zamykano ostatnie lokale. Wróciliśmy zatem do samochodu
w deszczu, który znów przypomniał nam o sobie. Kolejne 2 godziny jeździliśmy w poszukiwaniu noclegu (poza Zakopanem), o który nie było łatwo, bo większość możliwych miejsc była już pozamykana o tej porze. Po drodze zahaczyliśmy też o kilka stacji paliw, gdzie udało się kupić coś do zjedzenia.
A na kapslu od Tymbarka trafiłam na napis: TERAZ MOŻE BYĆ TYLKO LEPIEJ, heh…
Wreszcze udało nam się znaleźć jakiś motel, gdzie dostaliśmy pokoje. Przemoczona i zmarznięta z przyjemnością znalazłam się w łóżku, zasypiając o 3.00… A już o 7.00 obudził mnie F., z którym przez godzinę posmsowałam, po czym położyłam się dalej spać, bo 4 godziny snu to trochę za mało.
Nie udało mi się jednak zasnąć – raczej na chwilę zapadłam w jakiś półsen, z którego przed 9.00 pukaniem do drzwi wyrwała mnie Cholito stojąca na balkonie.
Wkrótce potem ubrałam się i zeszliśmy na dół na śniadanie.
W jego trakcie, jak i po nim, próbowaliśmy ustalić dalszy plan na ten dzień. I tu nastąpił konkflikt interesów, bo my chciałyśmy skorzystać z ładnej pogody i wybrać się w jakąś traskę, natomiast X. obstawał za Słowacją i jaskiniami. Nie miałybyśmy nic przeciwko, gdyby nie to, że miałyśmy ze sobą tylko bluzę z kapturem, w której raczej byśmy tam zmarzły. A taka wizja nie bardzo mi się podobała… Poza tym miałyśmy ochotę na wędrowanie na świeżym powietrzu, a że w Dolinie Białego Potoku jeszcze nie byłyśmy, więc jak najbardziej nam to pasowało.
Ja też chyba dlatego bardziej wolałam jechać w stronę Zakopanego niż Słowacji, że miałam jakąś nikłą nadzieję, że może uda mi się jeszcze spotkać z F. – choćby na chwilkę, aby uścisnąć go z okazji Dnia Przytulania, który był w piątek.
A tak to wyjazd za granicę odebrałby mi taką możliwość zupełnie.
W końcu postawiłyśmy na swoim i o 11.00 wyjechaliśmy spod motelu. Mająca trwać godzinę podróż do Zakopanego przedłużyła się przez korki na drodze, tak że byliśmy tam dopiero o 13.00. Zaopatrzywszy się w mapę i zjadłszy lody, podjechaliśmy samochodem do Doliny Białego Potoku i ruszyliśmy w trasę.
Nie przeszliśmy całego żółtego szlaku, bo na ostatnim odcinku droga zaczęła piąć się dosyć stromo,
a Cholito odczuwała już nogi, więc nie było sensu, żeby je bardziej forsowała… Zatem zawróciliśmy i w drodze powrotnej spotkałyśmy sąsiada z klatki razem z dziewczyną.
Złapał nas też wtedy większy niż w tamtą stronę deszcz, więc przeczekaliśmy go pod drzewem.
W ogóle porobiłyśmy sobie (i dolinie) trochę zdjęć, tj. głównie Cholito bawiła się w fotografa.
A na końcu zatrzymali nas cudzoziemcy, którzy po angielsku pytali o drogę.
Wróciwszy z wyprawy przed 17.00, zatrzymaliśmy się na obiad
w karczmie, gdzie zjadłyśmy pyszne naleśniki.
Ponieważ jeszcze
w dolinie zaczęłyśmy się zastanawiać, czy nie zostać dzień dłużej, wysłałam smsa do F., żeby zorientować się w jego wieczornych planach. Nie dostałam od razu odpowiedzi, zaś wkrótce okazało się, że z pewnych powodów X. musi jednak wrócić w piątek. Poczekaliśmy jednak jeszcze, czy nie będzie dało się to zmienić, jednocześnie licząc na odzew ze strony F. W tym czasie opuściliśmy Zakopane – niby z zamiarem powrotu tam, ale to nie było konieczne… Gdy już okazało się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby przedłużyć wyjazd
o dzień, zadzwoniłam do F. i pomimo problemów z zasięgiem [padał deszcz i była burza, a on był wciąż w górach], które przeszkadzały nam w rozmowie, udało mi się dowiedzieć, że nie ma po co zostawać… Nie było możliwości spotkania się z nim tego wieczoru, a następnego
i tak by już się nie udało, bo nie zostalibyśmy aż do wieczora. Może to i dobrze, że się nie widzieliśmy, bo znów musiałabym paradować przed nim w piżamce, która mu się przecież nie podobała.
Cóż, nie pozostało nam nic innego jak wracać do domu… Była 19.30
i lało, tak że jechaliśmy w trochę niesprzyjających warunkach. Czas podróży umililiśmy sobie grą w wymyślanie wyrazów na różne literki (głównie te trudniejsze), takie jak: U, Ł, Ś, Ć, Ź, DŹ, a nawet Q.
W którymś momencie nawet razem z siostrą popłakałam się ze śmiechu z powodu butelki.
Ach, to nasze dziwne poczucie humoru…
Do domu dotarłyśmy po około 4 godzinach jazdy. Od progu powitały nas pretensje brata, który po chwili wszczął awanturę. Był zły, że tyle trzeba było czekać na nas ze złożeniem życzeń Mamusi, która tego dnia obchodziła urodziny. Tylko że ona wiedziała, że wrócimy później, i sama przez telefon mówiła, że pewnie będzie już spać, jak przyjedziemy. [W sobotę o 4.00 rano jechała z Tatusiem do Lwowa na 3-dniową wycieczkę nauczycielską.] Okazało się jednak, że nikt jeszcze nie spał, a Tatuś nawet nie był jeszcze spakowany, więc problem był wyolbrzymiony. Na ataki brata zareagował Tatuś, który słusznie zauważył, że nie on jest od rozliczania nas z powrotów do domów, lecz jeśli już – rodzice. Na szczęście po złożeniu życzeń urodzinowych, z którymi zdążyliśmy przed północą, napięcie minęło
i imprezka upłynęła w życzliwej i wesołej atmosferze.
Trwające od poniedziałku do dziś (wspólnotowe i indywidualne) adoracje Najświętszego Sakramentu okazały się bardzo dobrym
i owocnym czasem, którego naprawdę potrzebowałam!
Cieszę się, że w kolejnych dniach nie popełniłam tego błędu co pierwszego, nie idąc wcale do kościoła.
Wczoraj poszłam z Cholito o 17.00 na prywatną adorację w ciszy, podczas której trwała spowiedź przed zakończeniem roku szkolnego
i odpustem parafialnym. O 18.00 była Eucharystia sprawowana m.in. przez ks.P.M., którego widok przy ołtarzu napawa mnie swego rodzaju dumą.
Jej Ewangelia bardzo do mnie przemówiła:
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie dawajcie psom tego,
co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia,
a mało jest takich, którzy ją znajdują.”
[Mt 7,6.12-14]
Po Mszy była adoracja na temat Świętej Godziny (prowadzona przez ks.Proboszcza) połączona z Nabożeństwem do Serca Pana Jezusa,
po której znów był czas na osobistą adorację w ciszy – aż do 20.00. Dziś było podobnie, choć mi nie udało się przyjść na adorację przed Mszą, bo mailowałam z F. Dobrze, że w końcu poszedł na zakupy, bo dzięki temu zdążyłam na Eucharystię, która rozpoczęła się z przeszło 10-minutowym opóźnieniem.
Po niej kolejne rozważania Świętej Godziny, które mi osobiście bardzo się podobały i dawały wiele do myślenia…
Podczas tych i prywatnych adoracji doszłam do kilku ważnych dla mnie wniosków, które – mam nadzieję – zostaną we mnie na dłużej i znajdą odzwierciedlenie w moim życiu.
Wczoraj niespodziewanie pojawiła się teoretyczna możliwość spotkania się z F., który długi weekend (czwartek-niedziela) spędza w Zakopanem. Właściwie prawdopodobieństwo tego zdarzenia jest raczej niewielkie, ale istnieje. Bynajmniej jednak nie nastawiam się na to. Nie wiem, czy to odpowiedni czas i czy potrzebuję teraz takich „atrakcji”, heh…
Niemniej jeszcze wczoraj o 23.30 zadzwoniłam do F., by zapytać, co i z kim będzie robił w Zakopanem. Nie mógł rozmawiać, więc poprosił, bym za godzinę się odezwała. W tym czasie doszłam do wniosku, że może lepiej będzie wysłać mu dziś maila niż zawracać głowę o takiej późnej porze. Zaproponowałam mu to, ale on chciał, bym zadzwoniła, więc to zrobiłam. I choć oboje tego nie planowaliśmy, znów gadaliśmy do rana.
Przy okazji poruszyliśmy także ciekawe i ważne tematy, rozmawiając na nie mniej lub bardziej poważnie…
Skończyliśmy wcześniej niż ostatnio, bo przed 5.00, jednak ja nie mogłam od razu kłaść się spać, bo akurat Tatuś już wstał. Nie chcąc budzić żadnych podejrzeń, zostałam w małym pokoju, zabrawszy się za czytanie książki, która była pod ręką.
O 6.00 Tatuś sam zaglądnął do niego, szukając czegoś, i oczywiście troszkę się zdziwił moją obecnością, ale przynajmniej zastał mnie z książką, a nie z telefonem.
Wkrótce potem wróciłam do swojego pokoju, ale połozyłam się dopiero o 7.00, wcześniej odmówiwszy sobie swoje stałe modlitwy na poczet nowego dnia.
Jutro Boże Ciało oraz Dzień Ojca. Warto więc także pomyśleć o Tym Niebieskim!
Poza tym czekają mnie też inne atrakcje…
W sobotę przegrałam z Cholito wszystkie 5 partii bilarda.
W sumie nawet w niektórych byłam blisko wygranej, ale znowu w życiu mi nie wyszło…
Trudno. Ważne, że przynajmniej miałam jakąś odskocznię od rzeczywistości… Po grze zjadłyśmy lody i potem wypiłyśmy sok Tymbark, na którego kapslu tym razem widniał napis: OD TEJ PORY JESTEM TWÓJ, heh… Potem przyszła już pora na obiad, na koniec którego zjechało się jakieś wesele. Niestety mnie też to czeka w sierpniu…
W niedzielę poszłam do kościoła z siostrą i Mamusią na 16.00, kiedy to rozpoczynała się godzinna adoracja połączona z Nabożeństwem do Serca Jezusa. To wszystko (i jeszcze więcej) w ramach przygotowań do odpustu parafialnego. Dzisiaj i przez najbliższe dni również są adoracje po południu i wieczorem, czyli przed i po wieczornej Mszy, ale akurat ja nie skorzystałam dziś z tego… Cóż…
Wczoraj też była ostatnia przedwakacyjna siatka. Gdy przebrane do gry pojawiłyśmy się na sali, gdzie trwał jeszcze mecz poprzedników, P-k spytał, gdzie jest nasz lider, mając na myśli T.R. Dopiero wtedy rozejrzałam się po boisku i zauważyłam jego nieobecność. Oczywiście nie wiedziałam, gdzie jest i dlaczego go nie ma, bo skąd. Mogłam niby zadzwonić do niego, ale skoro z jakichś powodów nie przyszedł na swoją siatkę, to pewnie z tych samych nie pojawiłby się na naszej. Jego wybór… Trochę szkoda, bo miałam zamiar z nim pogadać, ale trudno. W sumie obejdzie się bez tego.
Jak zwykle było nas 10 osób, ale tym razem na naszą grę został tylko T.W., który dołączył do naszego zespołu.
Zaraz jednak pojawił się niespodziewanie M-G i w ten sposób graliśmy w pełnych składach. Było fajnie, choć graliśmy trochę twardą piłką, ja przez połowę meczu stałam między O. i S-r [dopiero później T.W. zamienił się miejscem z tym drugim
], a gra nie do końca układała się po naszej myśli. Dość powiedzieć, że przegraliśmy 6 setów z rzędu.
FA wkurzał się z tego powodu (podobnie jak O. i S-r), choć sam nieraz psuł banalne piłki lub w ogóle się do nich nie ruszał, bo mu się nie chciało. Heh, mi momentami po prostu śmiać się chciało, widząc te niepotrzebne nerwy.
Na poprawienie humoru udało nam się wygrać 2 ostatnie partie i tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy siatkę w tym roku szkolnym. Mamy jednak w planach przenieść się z grą na Orliki na okres wakacji.
Oby tylko nie skończyło się na dobrych chęciach i pogoda dopisała…
Po powrocie z siatki czekała mnie kolejna noc z F. przy telefonie.
Tak jak sobie życzył, zadzwoniłam do niego o 24.30 i znów razem doczekaliśmy wschodu słońca.
Rozmawialiśmy przez 4 h 40 min.
i skończyliśmy ok. 5.15, czyli trochę wcześniej niż ostatnio, heh. Żeby było ciekawiej, po 3.00 do małego pokoju, w którym siedziałam po ciemku, niespodziewanie zawitał Tatuś – co za zonk.
Zdziwił się trochę, zastając mnie tam, ale na szczęście do tej pory nikt mnie nie wypytywał o mojego nocnego rozmówcę.
Opuszczając rano mały pokój, mój wzrok trafił na kalendarz i słowa św. Teresy od Dzieciątka Jezus:
Przy okazji doszłam do wniosku, że jestem głupia i przydałoby się chyba w końcu coś z tym zrobić… Lepiej żeby mój nastrój nie był tak zmienny jak dzisiejsza pogoda, która naprawdę wariowała: świeciło słońce, a za chwilę wiatr ściągał szare chmury i lało, po czym znów się wypogodzało – istne szaleństwo.
Wczoraj od rana na nogach. Zasnąwszy około 3.30, obudziłyśmy się przed 8.00, dostając od rodziców zlecenia do wykonania. I tak zaraz trzeba było wstać, żeby ze wszystkim zdążyć. Ja wyszłam na spacer z psem, a Cholito w tym czasie sprzątała. Potem dołączyłam do niej
i m.in. odkurzyłam w dużym pokoju i przedpokóju. W końcu po 10.00 wybrałyśmy się do cioci, by zanieść jej placki. Nie zastałyśmy jej, bo akurat była na zakupach, ale kuzyn wziął od nas wypieki. Ciocię zaś spotkałyśmy w sklepie przy kasie. Przy okazji poprosiła o pożyczenie sztućców, których jej brakowało na stypę. Po powrocie do domu
i przeliczeniu swoich, zadzwoniła do nas, by powiedzieć, ile jeszcze potrzebuje kompletów, które zaniosła jej Cholito. Tymczasem my po zakupach wzięłyśmy się za robienie kanapek dla rodziny z Gorlic, która miała zatrzymać się u nas przed pogrzebem. Przy okazji same mogłyśmy coś przegryźć, bo nawet nie zjadłyśmy śniadania.
Szczęśliwie wyrobiłyśmy się z porządkami i przygotowaniami na czas, a nawet przed czasem.
Mogłyśmy więc spokojnie się umyć i razem
z Mamusią, która wróciła ze szkoły koło południa, czekać na rodzinę. Ta przyjechała dopiero godzinę później, pojawiając się z Tatusiem
w domu. Na pogrzeb przybyli moja chrzestna z mężem oraz chrzestny Cholito z żoną i najmłodszym synem. [Najstarszy później dojechał sam z Krakowa.] Posiedzieliśmy z pół godziny w dużym pokoju, po czym zaczęliśmy powoli zbierać się do wyjścia…
Wkrótce po tym, jak dotarliśmy na cmentarz, pilotując rodzinę
z Gorlic jadącą za nami autem, przyjechał też brat Tatusia z żoną
i córką. [Jak się okazało, kuzynka dzień wcześniej miała obronę!
] Razem powędrowaliśmy do kaplicy, gdzie ja z braćmi stanęłam sobie po prawej stronie przy konfesjonale. Wprawdzie były jeszcze wolne miejsca w ławkach i nawet Cholito sobie usiadła, jednak ja z różnych względów wolałam stać. Po jakimś czasie pojawiła się też koło mnie najmłodsza siostra, która specjalnie przyjechała z Lublina na pogrzeb i jeszcze tego samego dnia tam wracała. Poza tym niespodziewanie przede mną stanął matematyk z mojego liceum, który nawet podczas przekazywania znaku pokoju uścisnął mi dłoń.
W końcu po Różańcu, w którego trakcie I tajemnicy przyszliśmy, rozpoczęła się Msza, którą odprawiało aż 4 księży! Raczej rzadko się to zdarza podczas pogrzebów, a tu proszę… Głównym celebransem nie był kapłan z naszej parafii, lecz ks.P.T. Od nas był ks.W.P., który głosił kazanie, natomiast oprócz nich Eucharystię sprawowało jeszcze 2 młodych księży, którzy – jak się później dowiedziałam – uczą razem z najstarszym kuzynem (synem zmarłego) w tej samej szkole i sami
z siebie chcieli uczestniczyć w taki sposób w pogrzebie. Oprócz tego był jeszcze 1 ksiądz, który siedział w konfesjonale przed i w czasie Mszy Świętej, co potem bardzo chwalił sobie inny kuzyn [brat świeżo upieczonej pani mgr], który dzięki temu mógł się wyspowiadać.
Na koniec Mszy ks.P.T. wygłosił krótkie przemówienie, w którym m.in. powiedział, że nie znał długo mojego ojca chrzestnego, bo tylko 20 lat i pamięta, jak jeszcze jego synowie byli mali, heh… I generalnie mówił o tym, jakim był człowiekiem… W ogóle to chyba dopiero na pogrzebie uświadomiłam sobie, że to już koniec – wujka nie ma… Choć w sumie nadal nie do końca to do mnie dociera…
Przy pieśniach żałobnych i modlitwach za zmarłego poprowadzonych przez spowiednika z kaplicy ruszył orszak pogrzebowy na grobowiec, w którym są już pochowani Babcia i Dziadziuś. Został on zbudowany przez Tatusia, jego brata i zmarłego szwagra i jest przeznaczony właśnie dla nich i ich żon, więc niestety wiadomo, jakie z czasem będą pojawiać się na nim kolejne tablice nagrobne…
Ponieważ już podczas Mszy się rozpadało, przez cmentarz szliśmy
w deszczu. Na szczęście mieliśmy kilka parasoli, więc jakoś udało nam się pod nimi schronić. Ja w jedną stronę szłam razem z jednym bratem, w drugą – z drugim. Ale i tak z prawej strony zmokłam, bo deszcz na mnie zacinał.
Nad grobem niewiele było widać z powodu rozłożonych parasoli, tym bardziej że nie pchałam się jak najbliżej… Później już tylko widziałam cały zasypany wieńcami…
Z powodu deszczu ludzie dosyć szybko rozeszli się w swoje strony, więc i my w końcu skierowaliśmy swe kroki na parking, bo nie było sensu stać i moknąć. Kiedy inni pojechali już do cioci na stypę, my czekaliśmy jeszcze na najmłodszą siostrę, która poszła odebrać swe bagaże z pobliskiego klasztoru, pozostawione tam na czas pogrzebu. Wracając z cmentarza, Tatuś wybrał drogę przez obwodnicę, która okazała się zakorkowana, przez co jechaliśmy dłużej niż w tamtą stronę przez miasto. W ten sposób najmłodsza siostra pojawiła się
u cioci dosłownie na moment, by się z nią pożegnać, po czym zaraz została odwieziona przez rodziców na przystanek.
Natomiast ja i Cholito, nie mogąc znaleźć sobie miejsca w mieszkaniu cioci, gdzie przygotowany został szwedzki stół, aby pomieścić ponad 50 osób, w końcu wylądowałyśmy z córką kuzyna w pokoju, gdzie trochę się z nią bawiłyśmy. Wkrótce dołączyły też inne dzieci, heh… Również brat zawitał do tego pokoju, nie wiedząc, gdzie się podziać. Potem zaś wiele osób (przede wszystkim z naszej rodziny) przewinęło się przez niego, zatrzymując się w nim na dłużej lub krócej, dzięki czemu mieliśmy okazję pogadać z ciociami z Gorlic i z kuzynostwem. Pod koniec przyszli też rodzice i mąż mojej chrzestnej. Wówczas byliśmy już tylko my i rodzina z Golric, bo wszyscy inni zdążyli się rozejść/rozjechać.
Stypa minęła bardzo szybko i niezauważenie. Nim się spostrzegliśmy, była już 21.00, a że jeden z wujków następnego dnia musiał iść rano do pracy, trzeba było powoli zbierać się do wyjścia. Przed powrotem do Gorlic rodzina musiała jeszcze wstąpić do nas, aby zabrać swoje rzeczy, które zostawiła przed pogrzebem. Przy pożegnaniu zapraszali nas do siebie, aby przyjechać na wakacje, tym bardziej że mamy teraz czas. W sumie dobrze byłoby w końcu wybrać się do nich, bo już kilkakrotnie przy różnych okazjach padały takie propozycje, a kiedyś może być za późno… Wbrew oczekiwaniom i pragnieniom rodziny pewnie prędzej spotkamy się na kolejnym pogrzebie niż czyimś ślubie, niestety…
PS: Tej krótkiej nocy przed pogrzebem przyśnił mi się chrzestny…
Wczoraj były (niestety) ostatnie mecze PLASu. Tak się złożyło, że wszystkie 3 drużyny, którym kibicujemy, grały o tej samej porze: zespół FA walczył z T.W., a brat grał na boisku obok. Nie bardzo nam to odpowiadało, bo nie mogłyśmy spokojnie oglądać pojedynków, lecz musiałyśmy dzielić swoją uwagę pomiędzy nimi, ale co zrobić…?
Ponieważ Cholito poszła na Mszę o 18.00, przed 19.00 czekałam na nią pod kościołem, by stamtąd razem pójść na halę. Stojąc tak, zauważyłam na bramce klepsydrę z informacją o śmierci i pogrzebie chrzestnego. Ludzie wracający z Eucharystii zwykle zatrzymywali się, by przeczytać, kto zasnął w Panu. M.in. podeszły 2 panie, które nie kojarząc nazwiska, zapytały pana grabiącego na terenie kościoła świeżo skoszoną trawę, kto umarł. Niezbyt spodobała mi się jego odpowiedź: A kto tam wie… Dopiero po chwili spojrzał na kartkę, co
i tak niczego nie zmieniło. Panie odeszły, żałując młodego (64 lata) człowieka, a ja zastanawiałam się, czy powinnam była się odezwać
i powiedzieć, że to mój wujek…? W sumie niczego by to nie zmieniło, bo przecież i tak go nie znały. Zresztą chyba nie miałam ochoty zaczynać tematu i słyszeć ewentualne wyrazy współczucia…
O 19.00 razem z Cholito ruszyłam na halę, gdzie spokojnie zdążyłyśmy dotrzeć przed 19.15, o której planowo miały rozpocząć się mecze. Drużyny FA i T.W. były już w trakcie rozgrzewki, natomiast – jak się wnet okazało – zespół brata miał problem, bo brakowało im zawodnika do gry. Kiedy więc przyszedł on do nas na trybuny i powiedział, że jedna z nas jest potrzebna na boisku, byłam zaskoczona! Fakt, kiedyś wyobrażałam sobie, jakby to było, gdyby w którejś z naszych drużyn [konkretnie to myślałam wtedy o zespole T.W.
] zabrakło gracza
i w ramach ratowania meczu miałabym dołączyć do kolegów, ale to było zwykłe bujanie w obłokach…
A tu nagle okazało się, że może stać się rzeczywistością!
Niestety pojawił się pewien problem… O ile do tej pory zawsze szłyśmy kibicować w spodniach, tak akurat tym razem wybrałyśmy się na mecze w spódnicy. Pal licho z tym, bo strój był, ale brakowało butów – na nogach miałyśmy sandały. Teoretycznie można byłoby
w nich grać, ale one są raczej mało przyczepne na parkiecie, więc prędzej by się człowiek w nich zabił.
To już chyba lepiej byłoby grać na bosaka…
W każdym razie zeszłam z bratem na dół do jego kolegów. Ktoś niby zaproponował, że jeden z nich da mi buty, ale okazało się, że nosi rozmiar 43.
Postanowiłam więc poszukać szczęścia wśród kolegów z siatki, licząc na to, że jeśli przynoszą buty zmienne, to może któryś będzie miał
w szatni drugą parę – w miarę sportową i oczywiście odpowiedniej wielkości. Swoje kroki skierowałam najpierw do FA, pytając ogólnie, czy ktoś w jego drużynie ma mój rozmiar. Tego nie wiedział, więc powiedział tylko jaki on ma, odsyłając do Kw. Podeszłam jeszcze także do O., ale nic nie załatwiłam. Pomyślałam sobie, że skoro T.R. jest mały, to może on będzie w stanie mi pomóc. Nie liczyłam na to specjalnie, ale warto było spróbować…
Albo i nie, bo T.R. zupełnie mnie zignorował. Gdy T.W. zauważył, że wołam kolegę i zwrócił mu uwagę, że coś od niego chcę, ten odezwał się, że nie ma go teraz, i odszedł na bok, nawet nie pozwalając mi powiedzieć, o co chodzi. Nie zrezygnowałam i poszłam za nim, by spytać go o nr buta. Odpowiedział, że ma mały, a gdy rzuciłam mu interesujący mnie rozmiar, odrzekł, że nie taki. Na tym skończyłam swoje poszukiwania, strasznie wkurzona na T.R. za jego zachowanie. Rozumiem, że dla niego najważniejszy był jego własny mecz i tylko
o tym myślał, ale zachował się chamsko. Przecież nie zawracałabym mu głowy przed grą, gdyby nie chodziło o coś ważnego. Normalnie tak mi podniósł ciśnienie, że odechciało mi się oglądać jego mecz. Dopiero po jakimś czasie nerwy trochę mi puściły…
Na szczęście przy wyjściu z sali czekał na mnie brat z informacją, że koledzy znaleźli jakiegoś chłopaka do gry, więc nie jestem już potrzebna. Heh, i tak oto debiut na PLASie przeszedł mi koło nosa…
Ale to dobrze, bo pewnie wcale nie byłabym lepsza od ich nowego zawodnika, a poza tym grając, nie mogłabym oglądnąć pojedynku na sąsiednim boisku.
Choć bez wątpienia udział w meczu jako część drużyny byłby bardzo ciekawym doświadczeniem…
Tymczasem pod moją nieobecność na widowni pojawili się P-k i S-r, którzy jednak usiedli sobie gdzie indziej niż my, tj. w najniższym rzędzie, przy barierkach. Poza tym na trybunach były też dzieci Kw., które przy zmianie połówki, gdy ten grał bliżej nas, wołały za nim.
Opiekę nad nimi sprawował D-d (z dziewczyną), którego na początku wcale nie poznałyśmy.
Faworytem w pojedynku zespołów FA i T.W. byli ci pierwsi. [Nawet Czerwony w wywiadzie po poprzednim meczu mówił, że na nich by stawiał.
] Mogło się wydawać, że szanse trochę się wyrównają ze wzg. na nieobecność kilku zawodników u nich, ale – jak się okazało – nie odmieniło to losu spotkania. Nasi koledzy z siatki wygrali kolejne sety 25:18, 25:15 i 25:17.
Tamci natomiast musieli pogodzić się
ze sromotną porażką 0:3.
T.R., który momentami denerwował się
na kolegów i przeżywał niektóre akcje zawalone przez nich, przyszło to bardzo łatwo – pod koniec meczu zaczął się wygłupiać i cieszyć
z punktów zdobywanych przez przeciwników, zbliżających ich do wygranej. Heh, można i tak…
Po skończonym pojedynku przeniosłyśmy się na prawą stronę, by śledzić los III setu brata. Jego mecz rozpoczął się trochę później
i choć więcej uwagi poświęcałyśmy tamtemu, w tym przypadku nie przegapiłyśmy wielu ważnych punktów i ciekawych akcji.
Akurat przegrali oni 2 poprzednie partie (24:26 i 29:31), gdyż zabrakło im szczęścia przy końcówkach… Dlatego P-k, który zmył się zaraz po
I meczu, przewidywał, że nie uda im się już wygrać tej ostatniej. Pomylił się jednak i zespół brata tradycyjnie wygrał 1 seta (25:22), utrzymując swój stały wynik meczów 1:2.
Koło 20.40 opuściłyśmy trybuny razem z FA i O., którzy przebrawszy się po swej grze, dosiedli się do nas i oglądali końcówkę pojedynku. Razem z nimi i S-r wracałyśmy do domu, przy czym głównie to oni rozprawiali o grze.
Myślałam o tym, by spytać FA o grę na Orlikach, którą kiedyś planował, ale doszłam do wniosku, że pewnie ten temat będzie bardziej na czasie, gdy niedługo skończy się nam niedzielna siatka w tym roku szkolnym…
Dzisiejszą noc spędziłam razem z F., rozmawiając z nim przez telefon przez około 5 godzin!
Przed 24.30 niespodziewanie przysłał mi smsa z pytaniem, czy śpię, po czym zadzwonił. Nie zdążyłam odebrać, bo zanim Cholito wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą, telefon umilkł. Jednak niedługo potem F. ponowił próbę, która tym razem zakończyła się sukcesem.
Po prawie 25 minutach rozmowy zrobił on 5-minutową przerwę, po której miałam do niego zadzwonić. W sumie zrobiłam to
z dwukrotnym opóźnieniem, ale przynajmniej dzięki temu Cholito, wróciwszy z psem, udostępniła mi swój telefon w Plusie, w którym ustawiła nr F. jako Bliski Numer, dlatego też mogłam z nim gadać za darmo do woli.
Jak widać chęci (i sił) nam nie brakowało, skoro skończyliśmy dopiero przed 6.00!
Nasza długa nocna rozmowa była chyba w większej mierze poważna, choć nie brakowało miłych i luźnych momentów.
Dla mnie jednak nie była tak zupełnie łatwa i przyjemna, bo w moim obecnym stanie wiele słów boleśnie mnie dotykało. Zauważyłam przy tym, że często zamiast odpowiadać, milknę i myślę… A im dłużej to robię, tym trudniej potem mi wyrazić słowami to, co bym chciała powiedzieć… Trochę dziwne… Poza tym wydaje mi się, że chyba nieraz, próbując coś tłumaczyć, powtarzałam się jak głupia, a i tak dostatecznie nie wyjaśniłam tego,
o co mi chodzi, heh… No ale cóż, pewnie nie powinnam zbytnio tym się przejmować – w końcu nie jest ze mną dobrze, więc też nie jestem zupełnie sobą. Zresztą pierwszy raz gadaliśmy ze sobą przez telefon! W każdym razie jestem zadowolona z tej naszej rozmowy – mimo wszystko. Myślę, że coś ona dała…
A przy tym – jak to mówił F. – fajnie spędziliśmy razem noc.
Tymczasem położywszy się spać rano, obudziłam się po niecałych
2 godzinach snu przed 8.00, a raczej zostałam z niego wyrwana słowami Mamusi, która przyszła do pokoju z prośbą o wyjście z psem, bo szła do szkoły wcześniej niż zwykle. Tego jednak nie słyszałam – przebudziłam się, gdy mówiła o tym, że wujciu nie żyje. Mój ojciec chrzestny, który miał raka płuc, zmarł dzisiaj około 6.00… Trochę dziwnie, gdy sobie pomyślę o tym, że kiedy ja kończyłam rozmowę
z F., on umierał… I gdy my doczekaliśmy się wschodu słońca, nie kładąc się spać, dla niego ono wzeszło po raz ostatni… I może nawet już nie zobaczył jego promieni…
[W obliczu czekającego mnie pogrzebu, muszę szybciej wziąć się
za siebie i pójść do spowiedzi wcześniej, niż planowałam.]
Idąc w niedzielę na siatkę, podrzuciłyśmy nie spodziewającej się nas wcale cioci kwiatki i sałatę przywiezione ze wsi przez rodziców.
Przyszedłszy zaś na basen, o dziwo, zastałyśmy ludzi czekających przed drzwiami. Dopiero gdy wszyscy się zjawili, [tym razem] pani wpuściła nas do szkoły. W ogóle po długiej nieobecności pojawiła się Br., z którą po siatce zamieniłyśmy kilka zdań na temat tego, co u nas słychać.
Tymczasem na sali poprzednicy w liczbie „aż” 6 osób kończyli swój mecz. Spośród nich na naszą grę zostali jak poprzednio T.R. i kolega, którzy znów uzupełnili nasz skład – identyczny jak ostatnio. Tylko ustawienie nie było stałe i przez pierwszą połowę meczu zmieniało się
w każdej kolejnej partii…
W I secie tak sobie stanęliśmy, że grałam między 2 „nie-naszymi” zawodnikami.
W następnym już T.R. zaczął wprowadzać niewielkie zmiany, które troszkę mu pokrzyżowałam, heh. Ponieważ zamienił się miejscem z O., ja zrobiłam to samo z Cholito, aby stać koło niego.
Zaskoczyłam go tym posunięciem, ale w końcu jak się wymieniamy,
to się wymieniamy.
Zresztą nikt nie powiedział, że tylko on może dokonywać zmian w ustawieniu.
W II secie grałam więc między nim i S-r. Jednak w III partii T.R. znów zrobił małą rotację i tym razem zamienił się ze swoim kolegą. Choć mogłam zrobić ten sam manewr co wcześniej, by grać obok niego, zrezygnowałam z tego. Skoro tak mu zależało, aby nie stać koło mnie, to bynajmniej nie miałam zamiaru go prześladować… A jaki był zadowolony, że postawił na swoim – jakby nie wiedział, że tylko dlatego mu się to udało, że odpuściłam sobie.
Tymczasem przed rozpoczęciem IV seta, po zmianie stron boiska, gdy rozmawiałam z Cholito na środku naszej połówki, podszedł od tyłu T.R., położył mi ręce na ramiona i przestawił mnie pod siatkę, samemu stając obok.
Z drugiej strony nadal miałam S-r, on zaś Cholito, tak że gdy stał na środku pod siatką, czasami robił wyliczankę, której
z nas wystawić piłkę.
Za pierwszym razem padło na Cholito, więc tylko odwrócił się do mnie i przeprosił, ale tak wyszło.
Od owego IV setu T.R. odpuścił sobie jakiekolwiek zmiany na boisku
i to ustawienie pozostało już do końca meczu.
A ten rozpoczęliśmy nie najlepiej. Właściwie to nie tylko początek, ale pierwsza jego połowa była dla nas niełaskawa – przegraliśmy 4 sety z rzędu.
Jak widać zmiany ustawienia niewiele pomagały… Jednak już od V partii zaczęliśmy nadrabiać straty i dla odmiany wygraliśmy wszystkie 4 następne sety, tak że cały mecz zakończył się remisem.
Mimo wszystko grało się fajnie i nawet nieźle szły mi serwy.
T.R. niejednokrotnie mnie doceniał, także w tym nieszczęsnym III secie, gdy nie stałam obok niego. Choć wcale nie oczekiwałam i nie chciałam tego, po jednej akcji podniósł 2 kciuki do góry w dowód uznania.
Również w IV secie, gdy odebrałam piłkę na tyłach boiska, lecącą
za plecy T.R., rzucając się przy tym na kolana [i nieźle przywalając lewym o parkiet, tak że teraz mam je zdarte i obite
], kolega mnie docenił.
Podobnie jak chwilę później, gdy sięgnęłam piłkę wrzuconą na okno, szcześliwie przebijając ją na drugą stronę.
Poza tym tak jak T.R., stojąc przede mną, czasem wpychał mi się
do piłki, tak i ja nieraz robiłam to samo. W końcu on i tak był już zmęczony, więc trzeba było trochę odciążyć kolegę.
Wprawdzie ostrzegał mnie, bym nie przepychała się z nim, ale nie wiem, czym to miało mi grozić z jego strony. W I secie natomiast zwrócił mi uwagę, że będąc w pierwszej linii nie powinnam odbierać piłek [jak kiedyś on, stojąc na tej pozycji, niby nie przyjmował], ale kto by się tym przejmował.
W ogóle T.R. przy okazji zarobił kilka kopniaków, przy czym sama nie dałam mu możliwości mi się odpłacić.
W zamian za to on kilkakrotnie przy przybijaniu piątki nie pozwolił mi trafić w jego rękę.
Zwykle więc uderzałam go w plecy.
Ponadto było jeszcze wiele innych fajnych i miłych akcentów podczas gry…
Pod koniec meczu T.R. pochwalił mi się, że rzucił palenie!
[W sumie sama poprzednio zauważyłam, że nie palił po grze, ale brałam pod uwagę fakt, że mogło to być tylko spowodowane ówczesnym gorącem i zmęczeniem.] Powiedział też o astmie oskrzelowej, która się u niego pojawiła po zbyt szybkim odstawieniu nikotyny. Kontynuowałam z nim ten temat jeszcze później przy samochodzie. Nie pali już od ponad
2 tygodni, ale nie wie, jak długo wytrzyma. Stwierdziłam, że jak coś robić, to dobrze i do końca (w czym przyznał mi rację), i poprosiłam, aby dbał o siebie.
Cieszę się, że zerwał z tym nałogiem, i mam nadzieję, że wytrwa w swym postanowieniu!
Przy okazji zauważyłam u niego 2 telefony i dowiedziałam się, że już pracuje – znów się wozi.
Sama jednak tym razem nie skorzystałam
z propozycji podwiezienia mnie do domu, pozwalając mu jechać prosto do siebie, zaś sobie fundując samotny spacer. W sumie później troszkę żałowałam, że nie zapytałam T.R. o to ustawienie, w którym tak przede mną uciekał.
Jakoś jednak nie przyszło mi to wtedy
do głowy… Zresztą gdybym mu powiedziała wprost, że wystarczy powiedzieć, jeśli nie chce grać koło mnie, to na pewno powiedziałby, że wcale nie o to chodziło.
PS: Siatkę sponsorowała piosenka „Darlin ” Avril Lavigne, która stale towarzyszyła mi na boisku, rozbrzmiewając w mej głowie…